Archiwa kategorii: Artykuły

Rzadko zdarza mi się publikować teksty w formie felietonu, czy też informacji prasowej.
Jednak również te o tematyce sportowej, które znaleźć można na portalach www.jardersport.pl i www.huraganpobiedziska.pl będę starał się umieszczać także tutaj.

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2018.11.02 – Huraganowe Zaduszki 2018

02_11_2018 Zaduszki
Człowiek umiera dwa razy. Pierwszy raz, kiedy przestaje bić jego serce. Drugi – kiedy wszyscy o nim zapominają…

Wspominamy dziś ludzi związanych z naszym stowarzyszeniem. Ludzi, którzy odeszli w ostatnich dwunastu miesiącach. Przede wszystkim zawodników, organizatorów życia klubu, ale i w szczególnych przypadkach także sympatyków, którzy nie byli obojętni losom Huraganu w jego burzliwej historii. Tu trzeba pamiętać o działaczach, sponsorach i wszystkich, którzy nie pchali się na afisz, ale bez nich nie bylibyśmy tu i teraz, jako Huragan Pobiedziska.

Huraganowe Zaduszki 2018.

26 kwietnia br. w wieku 89 lat odszedł Tadeusz Panfil, przede wszystkim działacz Huraganu, ale też zawodnik pamiętający z boiska powojennych boiskowych bohaterów. Później członek zarządu HP. Z boiskowych poczynań znał bezpośrednio takich zawodników jak Alfons Grzeczka i Stanisław Siekierski. Nic więcej nie trzeba dodawać.

10 maja zmarł Kazimierz Olejniczak, rocznik 1925. Urodzony w Krześlicach wszechstronny zawodnik przełomu lat 40/50. Etatowy zawodnik Huraganu w wielu meczach. Bywał w razie potrzeby bramkarzem, choć najczęściej obrońcą. Oto wszechstronny gracz powojennych czasów z dorobkiem kilkudziesięciu meczów w miejscowych barwach Huraganu, a później Kolejarza Pobiedziska.

Stefan Frąckowiak – zagrał zaledwie kilka meczów w barwach HP, ale za to jakich… Czasy  gry w ówczesnej III lidze były jego udziałem – wyjazd do Gorzowa Wlkp. i tam jedyny jego gol na 2:0 18.04.1949 r. (mecz wygrany 3:0). Do końca wierny kibic, a nawet laureat 3. miejsca Ligi Kibiców Huraganu Pobiedziska z sezonu 2005/06.

19 lipca 2018 r. z kolei pożegnaliśmy Włodzimierza Floreckiego, kilkuletniego bramkarza HP przełomu lat 70 i 80. „Florek” sześć lat bronił barw swojego miejscowego klubu i był przy tym bardzo związany z jego barwami. Zawsze identyfikował się z Huraganem. Za to winni mu również jesteśmy pamięci.

Zdążyłem poznać osobiście trójkę Panów, porozmawiać, zdobyć informacje. Jestem za to wdzięczny losowi i Im samym. Ich biogramy ukażą się mam nadzieję w książce – monografii Huraganu Pobiedziska, nad której powstaniem ciągle pracuję wraz z kolegą Michałem Walkowiakiem.

Dziękujemy. Cześć Waszej Pamięci!

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2018.10.23 – Powyborcza impresja, czyli „Przypadek Krzysia z Pobiedzisk, kulturysty”

Stempel Paweł_Krawczyk_2Przypadek Krzysia z Pobiedzisk, kulturysty

Krzyś zmierzył sobie 4 lata temu biceps i triceps. To samo zrobił z klatą. Wyszło mu 225 jednostek miary.

Pomyślał sobie  „Dobry jest ze mnie materiał na pakera. Będę teraz mocno ćwiczył, chcę być najlepszy. Nie będę zwykłym koksem!”. I tak też zaczął działać. Był ambitny, skrupulatny i rzetelny.

Rozpisał sobie treningi, zatrudnił trenera, którego regularnie wynagradzał.

Ćwiczył kilka razy w tygodniu. Wszystko relacjonował na swoim blogu. Odpowiadał na pytania innych, którzy wiedzieli, że może coś im pomóc. Starał się to robić.

Nie zapomniał też o suplementacji diety. Każdy posiłek miał zaplanowany, bez konserwantów. Zdrowo się odżywiał. Był pozytywnie zakręcony.

Inni nie mieli aż tyle czasu i możliwości. On miał, więc chciało mu się chcieć zrobić z tego czasu pożytek zamiast iść na piwo lub na mecz.

Pamiętał o witaminach, łykał te wskazane do budowy tkanki mięśniowej. Czytał specjalistyczne miesięczniki z branży kulturystycznej.

Najpierw masa, potem rzeźba. „Powycinał się” prawie wszędzie, miał kaloryfer – tak mu się wydawało. Dobrze i zdrowo wyglądał.

Minęły cztery lata. Ciężkiej ale czasem nawet dającej satysfakcję pracy.

Nadeszły zawody. Komisja pomierzyła ten sam biceps, triceps i klatę.

Naliczono mu 206 jednostek. Spadło mu zatem zamiast wzrosnąć. Rywal miał więcej o kilka, ale to nie miało już znaczenia.

W tej samej chwili zobaczył tuż przed oczami duży, wyprostowany środkowy palec sędziego.

Zorientował się, że te wyrzeczenia nie miały większego sensu. „Albo ta miara jest spierdolona albo ze mną jest coś nie tak…?” – pomyślał.

Co gorsza znał jednego typa z sąsiedztwa, który na siłownię chodził tylko po to żeby popatrzeć na laski. Opowiadać obcym tylko potrafił, że na klatę bierze nawet pół tony. Pomimo to ten w cuglach ponownie wygrał zawody! Przybyło mu prawie 60.

Do dupy z taką robotą” powiedział ze złością, ale nie bez uśmiechu Krzyś *.

Rzucił siłownię. Zaczął biegać.

 

* imię przypadkowo wybrane, niemające związku z tą wymyśloną historią ;)

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2018.09.28 – „Kadencji siódmej jaśniejsza strona”

IMG_20170706_161847_resized_20170707_064301371Kompletnie nietematycznie, ale postanowiłem tutaj opublikować moją formę podziękowań dla ludzi z którymi przez cztery lata miałem możliwość pracować w radzie miejskiej. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale broń nas Panie Boże przed radą, w której zawsze wszyscy byśmy się zgadzali…

Na ostatniej sesji tej kadencji w wolnych głosach i wnioskach „zasunąłem” wierszyk, który mam nadzieję nikogo nie dotknął, bo intencja moja była oczywiście odwrotna. Ograniczyłem się w nim do siedemnastki ludzi zasiadającej regularnie na swoich miejscach sali sesyjnej.

Kadencji siódmej jaśniejsza strona

W tej krótkiej wiersza próbie, przedstawić ludzi chcę, bo lubię.
Rady Miejskiej naj sam przedzie pani Jończyk – prym jej wiedzie!
Tuż na lewo Mikołajczak, doświadczony z niego walczak!
Na Letnisku klimat Dobry, dumny byłby sam król Chrobry,
Biskupice też są w gazie, bo z Kosickim na pokładzie!
Adam za to nieza-wodnie, On w tej radzie nosi spodnie!
Pan Sylwester – senior rady, głowy nie ma od parady,
Dariusz Pauter oczywista, dba by gmina była czysta…
Edward również nie zawodzi, jak coś trzeba, to wychodzi!*
Widelicka Basia radna, dla niej straszna sprawa żadna…
Danka Sobka, ta z walecznych – specjalistka spraw społecznych!
Woj Radecki, jak na woja, mocno błyszczy jego zbroja!
Dla Roberta daję słowo, najważniejsze Jerzykowo,
Wszystkich Wita szyk oblicza – piękna w Pomarzanowicach!
Słychać z Góry tam o Jarku, co ma chłop ten łeb na karku!
Został Krawczyk, wierszem gada… Tylko czy jemu wypada?

PS.
Wszystko to prawie, bo dwie persony zbrakły w tym zestawie…
Postawna sylwetka, donośny głos… Lecz gdzie ten strój z napisem „Boss”?
Nie tam, tuż obok! Z mandatem największym do rządów gminy,
Burmistrz Nowacka, co dobre lubi przynosić nam nowiny!

* w znaczeniu „załatwi”

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2017.09.29 – Władysław Szymkowiak „Piłka to piękna rzecz…” – wspomnienie

0061_foto HP

16.11.1975, Golina. Władysław Szymkowiak drugi od lewej. Przed wygranym 1:0 meczem wyjazdowym

To zdanie to dokładny cytat z dziś zmarłego pana Władka. Nie wiem do końca dlaczego, ale dokładnie zapamiętałem te słowa, które wypowiedział na kilka dni przed rozpoczęciem tego sezonu. Był sierpień, ciepły wieczór i dyskusja o nowym wyzwaniu naszego Huraganu. O nadziejach i obawach związanych z reorganizacją IV ligi. Mnie to zdanie ujęło i z automatu zapadło w pamięć. Sam się spytałem dlaczego? Otóż dlatego, że dokładnie w ten sposób wyraził się słusznych gabarytów facet po sześćdziesiątce, który równocześnie nie stronił od ciętego języka i zawsze nazywał rzeczy po imieniu. Skierował je do starszego o dziesięć lat mężczyzny w kontrze do jego futbolowego sceptycyzmu…

Nie było żadnej odpowiedzi, bo być nie mogło. Trafiony, zatopiony.

Pana Władka znamy i będziemy pamiętać najbardziej jako „Gospodarza” stadionu. Kto ociera się o lokalną piłkę wie, ile dla klubu, takiego jak Huragan znaczy taki facet. Żartowano zawsze, że w tym klubie jest najważniejszy, no może zaraz po prezesie. Sam śmiał się z tego, ale prawda jest taka, że bez niego mecze odbywać się nie mogły.

Władysław Stanisław urodził się 5.5.1955 r. w Gryficach. Z zawodu ślusarz-tokarz w seniorskim Huraganie grał nieprzerwanie od 1973 przez dziewięć lat. Nie był postacią pierwszoplanową. Często występował w drużynie rezerw, ale zaliczał również występy w silnej wówczas występującej w ówczesnej 4 lidze ekipie z Pobiedzisk. Był graczem wszechstronnym. Grać mógł w każdej formacji jeśli taka była potrzeba. Złamał nogę podczas obozu zimowego w Karpnikach, ale to nie był problem. Wrócił do gry. Pomimo zawieszenia butów na kołku do końca życia związany był czerwono-czarnymi. Najpierw, w latach 80’ jako kierownik sekcji piłki nożnej, później działacz, społecznik i od zawsze prawdziwy kibic… Uczestniczył fizycznie w budowie obecnego budynku klubowego, pomagał w organizacji EURO U-19 w roku 2006. Odznaczony srebrną oznaką Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej.

Pamięci Adama Szymandery, swojego poprzednika na tej funkcji i przyjaciela bronił zawsze i ciepło o nim mówił. Teraz my to samo jesteśmy winni Panu! Spoczywaj w Pokoju. Huragan dalej grał będzie – również dla Ciebie! Bo… piłka to piękna rzecz!

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2015.07.30 – Moja prawda o Lidze „Mistrzów”

No i Lech – FC Basel 1:3. Właśnie dlatego od kilkunastu lat nie oglądam tzw. Ligi Mistrzów. Tak naprawdę to dla wybranych liga wicemistrzów, trzecich i nawet czwartych miejsc bogatych lig – głównie zachodnioeuropejskich!

Tam gdzie nie ma polskiej drużyny – dla mnie NIE MA PRAWDZIWYCH EMOCJI. Podkreślam dla mnie, bo podniecanie się kolejnym meczem Real – Barcelona z którym mamy tyle wspólnego, co polski byk w oborze z hiszpańską corridą… to jakaś mentalna pułapka… Owszem grają ładniej, szybciej, lepiej, składniej… ale czy to ma być wszystko?!

Całe to komercyjne show od kilkunastu lat nabija kasę już horrendalnie bogatym klubom z Niemiec, Anglii, Hiszpanii, Francji i innych… I ta dysproporcja ciągle się powiększa. Zresztą sami pod siebie zrobili ten system… Już w 1996 r. po meczu, wtedy jeszcze prawdziwej Ligi Mistrzów, bo każdy kraj miał jedną drużynę – czyli mistrza, Borussia – Widzew 2:1, Beckenbauer powiedział coś w stylu, że „takie drużyny nie powinny grać w tych rozgrywkach…”

Dziś nam i podobnym mniej zamożnym krajom „każą” się cieszyć i podniecać eliminacjami i ew. jednorazowym wejściem do tzw. Ligi Mistrzów… którego i tak nie udało nam się zrobić… M. in. Wisła, Legia i Lech próbowali kilka razy od tego 1997 r. i nic.

Dlatego uważam, że prawdziwa piłka jest jeszcze w wydaniu reprezentacji – gdzie każdy kraj ma swoją drużynę i milionowe „transfery” są niedopuszczalne. Nie ma awansów z klucza i bez eliminacji dl ME i MŚ. Każdy musi brać w nich udział… Dzięki temu do Gibraltaru przyjeżdżają Niemcy i do kraju mistrzów świata zawitali amatorzy z Gibraltaru…

Przy okazji warto dodać mniej zorientowanym, że zawodnik, który raz wystąpił w meczu o punkty choćby eliminacji danego kraju NIE MOŻE dożywotnio „zmienić” REPREZENTACJI… Inaczej jest w innych dyscyplinach – np. w piłce ręcznej – ale to tej dyscypliny problem.

PS. Dla mnie Liga „Mistrzów” tej edycji za tydzień pewnie się niestety skończy. Ale piłka nożna nie takie cuda widziała!

artyku_puls_pawelkrawczyk

2014.10.31 – Historia konfliktu na linii Dyrektor OSiR – MGKS Huragan i innymi sportowymi stowarzyszeniami

Od kilku lat trwa cicha wojna pomiędzy nowym dyrektorem OSiR-u Panem Michałem Fijałkowskim, a zarządem MGKS Huragan. Pan Fijałkowski został powołany na stanowisko dyrektora OSiR przez Burmistrza Michała Podsadę w chwili rozdzielenia tej funkcji na dyrektora Ośrodka Kultury i Ośrodka Sportu i Rekreacji. Rozdzielenie miało ponoć na celu usprawnienie działalności tych jednostek, które nota bene całkiem dobrze do tej pory się miały.

W związku z brakiem porozumienia pomiędzy zarządem klubu a Panem dyrektorem oraz doświadczeniami poprzedniego zarządu Huraganu z lat 2008-2011 dnia 30-tego marca 2011 roku z inicjatywy zarządu Huraganu odbyło się spotkanie z Burmistrzem Michałem Podsadą, jego zastępcą I. Antkowiakiem i dyrektorem M. Fijałkowskim. Celem tego spotkania była „odnowa” relacji i ustalenie wspólnych działań, możliwości współpracy aby perfekcyjnie funkcjonować na rzecz mieszkańców. Niestety nie przyniosło ono spodziewanych rozwiązań. Po czasie przedstawiciele MGKS odnosili wręcz wrażenie, że są niemile widzianą konkurencją. 2 lipca 2012 roku, czyli po ponad roku na skutek dalszej niemożności nawiązania współpracy i bezsilności stowarzyszeń sportowych (nie tylko Huraganu!) odbyło się kolejne oficjalne spotkanie ich przedstawicieli (Pobiedziski Klub Tenisowy, UKS Smecz, UKS Pobiedziska-Letnisko, UKS Pobiedziska-Siatkówka oraz Huragan) z Burmistrzem Michałem Podsadą i tu cytat „na wniosek Stowarzyszeń działających w dziedzinie sportu w celu przedstawienia uwag i zastrzeżeń dotyczących współpracy pomiędzy stowarzyszeniami i klubami, a OSiR w Pobiedziskach w osobie p. Michała Fijałkowskiego” – jako jego zarządcy. Stowarzyszenia udokumentowały nieprawidłowości w funkcjonowaniu OSiR.

Wyartykułowano kilkanaście punktów, m.in. niewłaściwe księgowanie środków tłumaczone „pomyłką”, brak wykonania nawadniania boiska Stadionu Miejskiego wodą z jeziora pomimo posiadania wszystkich pozwoleń (!), nietrafionych prac na kilkadziesiąt tysięcy złotych jak np. oświetlenie kortów, które nie jest przystosowane do gry w tenisa (!), braku jakiejkolwiek długofalowej strategii działania tej nowo powołanej przez Burmistrza Podsadę jednostki budżetowej. Dyrektor OSiR oficjalnie i zgodnie z adnotacją z protokołu oddał się do dyspozycji Burmistrza Michała Podsady, a ten do dziś nic z nim nie zrobił! Dlaczego? Dalsze zaniechania działań spowodowały skierowanie pisma 26.05.2014 r. do Gminnej Rady Pożytku Publicznego z prośbą o pomoc i rozwiązanie problemów. Niestety i to spotkanie nie przyniosło zmiany postawy Pana dyrekytora Fijałkowskiego, wręcz obecni na zebraniu odnieśli wrażenie, że w/w nie poczuwa się do jakichkolwiek zmian w swoim dotychczasowym postępowaniu w stosunku do przedstawicieli Huraganu – społeczników i pasjonatów sportu. 27.06.2014 r. skierowano kolejne oficjalne pismo do Dyrektora Fijałkowskiego i Burmistrza z 15. punktami, na które do dziś dnia nie otrzymano od urzędników żadnej odpowiedzi. Zapytania dotyczyły m.in. przedstawienia budżetu, tj. jego części, w której określone są koszty na utrzymanie boisk, wielkości środków jakie wydano w tym roku. Na co zostały przeznaczone? Proszono m.in. o podanie odpowiedniego rozporządzenia, które mówi o tym, że boiska koszone są „zgodnie z zapotrzebowaniem”, podanie terminów napraw określonych w piśmie, itp , itd. No cóż, nie doczekano się odpowiedzi! Można by rzec, że problemy usportowionej pobiedziskiej młodzieży zostały całkowicie zignorowane przez władze gminy Pobiedziska.

Przypominamy, że za kadencji Burmistrza Podsady „rozbito” OKiS na OK i OSiR. Po co? Nie wiadomo. A jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze. W innych sąsiednich gminach, jak np. Kostrzyn, Kleszczewo, Łubowo, Murowana Goślina nie ma tego typu instytucji! Oszczędzono tam na samej pensji dyrektora OSiR ok. 300.000,00 zł! (przez okres 4. lat). Tego nie wyczytamy w „Biuletynie”. Te pieniądze podatników, które zostały przeznaczone na zatrudnienie Pana dyrektora OSiR-u, Michała Fijałkowskiego, powinny trafiać na cele, na które jak słyszymy „nie ma pieniędzy”. To proste i logiczne. Od lat jesteśmy bezsilni, a wręcz atakowani przez władze za to, że „pozwalamy sobie” na głośne mówienie prawdy o publicznych środkach. Na szczęście sami radzimy sobie pozyskując sponsorów – tych lokalnych i spoza gminy Pobiedziska. Bez nich niemożliwa byłaby tak szeroko prowadzona działalność statutowa klubu, który posiada ponad 77-letnią historię. Liczyć wypada, że nowe władze pozwolą spokojnie pracować z młodzieżą i będą wspierać w tych działaniach społeczników, tak jak to się dzieje w innych gminach. To się wszystkim opłaca!

Autorzy tekstu: Paweł Krawczyk, Grzegorz Krawczyk

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2013.09.26 – Flaga narodowa nie, swastyka tak!

Był to mój 25. mecz reprezentacji Polski, która obok Huraganu Pobiedziska jest mi najbliższa sercem. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy na bramach Stadionu Narodowego okazało się, że moja flaga narodowa z napisem „Pobiedziska” jest za duża i nie może być wniesiona na stadion!!! Nie byłoby mojej wściekłości, której nie omieszkałem wyrazić na miejscu, gdyby nie fakt, że byłem pewien, że po wejściu na stadion ujrzę dziesiątki wielokrotnie większych flag od mojej.
Oczywiście nie myliłem się! Na drugiej stronie (za bramką, którą odczarował w końcu dla siebie Robert Lewandowski) ujrzeć można było transparenty z napisami: Sieradz, Brodnica, Przeworsk, Konin, Knurów i wiele, wiele innych… o wymiarach „na oko” co najmniej dwukrotnie większych!
Regulamin, regulaminem, a polska specjalność to inna dziedzina, gdzie nie mamy sobie równych. Sposób z jakim Polacy szanują przepisy prowadzi właśnie do takich sytuacji. Otóż jest napisane, iż flagi nie mogą być większe niż 1,5 metra. Moja, żeby oddać sprawiedliwości, jest dłuższa i z tym nie dyskutuję, tylko dlaczego był to 25. mecz i stało się to po raz pierwszy?! Ano dlatego, że akurat p. „Wiesiu” na którego trafiłem był tak zwanym po polsku wyjątkowym „służbistą”, a inni mieli więcej szczęścia…

Moja irytacja numer dwa miała miejsce jeszcze pod koniec 1. połowy. Wtedy to siedząc najbliżej trybuny gości dostrzegłem z ok. 15-20. metrów potężną wytatuowaną swastykę na bicepsie ubranego na czarno „kibica” Czarnogóry. Biedak rozebrał się pewno z emocji i tym samym dumnie eksponował swoje atuty. Akurat rząd pode mną siedziała czwórka dzieci w wieku ok. 10 lat. Mieli oni ponad godzinę czasu przyglądać się temu troszkę „innemu” krzyżowi.
Mam pytanie do głównodowodzącego stewardami, czy też innego „dyrektora” od bezpieczeństwa: czyż nie jest to symbol zakazany w Polsce i jego propagowanie jest karane? Chyba nie, bo p. „Rysiu” i „Stasiu”, czyi stewardzi, którzy stali dosłownie obok niego, nie wiedzieli w tym nic złego… Nie, nie bali się przemocy, ze strony czarnogórskiego „steryda”, bo tych ostatnich była naprawdę garstka na prawie pustym sektorze przeznaczonym wyłącznie dla przyjezdnych. Nie może dziwić wobec tego, że na polskich stadionach ciągle rządzą kibice, a nie tzw. prawo.
Wracam jeszcze na koniec do przysłowiowego p. „Wiesia”, który skonfiskował mi flagę do depozytu, a nie zauważył dziesięciu rac, które wnieśli bez żadnego problemu (!!!) sympatycy gości i odpalili je sobie w 12. minucie po golu na 0:1. Czy kogoś to dziwi?!
Cóż, wszystko to pewnie przez polską gościnność i otwartość z jaką witamy przybyszów. Trąci to wszystko amatorszczyzną, kompleksami i totalnym brakiem organizacji… Czy to, że od piłkarze zawsze wymagamy perfekcji i zwycięstw nie jest kolejnym naszym paradoksem?

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2013.04.10 – Huraganowa prognoza pogody

Nietypowo zaczyna się piłkarska wiosna. Wcześnie rozpoczęte przygotowania spowodowały, że Ci bardziej zorganizowani, a do takich zalicza się ekipa Huraganu Pobiedziska formę gotowali jak się okazało na… przymusowe oczekiwanie na grę. Na szczęście nie ma tego złego…i oby głód piłki okazał się naszym atutem.

Przy tej okazji mamy również nietypową „poezję kopaną”, którą dedykujemy wszystkim, którzy dobrze życzą czerowno-czarnym… Niech ten ośmiozgłoskowiec będzie prawdziwą przepowiednią pogodnej piłkarskiej wiosny! *

Co tam panie w Huraganie?
Słyszę często to pytanie,
Czasem mówić trudna sztuka,
Gdy się punktów próżno szuka…

Owszem, rzadko to się zdarza,
Bo przeciwnik się naraża,
Na te szkwały silne – sztormy,
Czyżby rywal był bez formy?

Za to nasze Cheerliderki,
Dla nich taniec to są bierki!
Piramidy stawiać mogą,
Na trybunach wieje trwogą…

Awans będzie snem czy jawą?
Dziś rozstrzygnąć trudną sprawą…
To w kurniku ostrzą piórka,
Chce tam wygrać każda kurka!

Lisa trzeba drogi panie!
Bo przy silnym huraganie…
Do kurnika wkraść się można,
I lidera upiec z rożna!

Wtedy czerwiec, lato, słońce,
Spytasz tuż przed meczu końcem…
Po co szampan dziś się leje?
Czwarta liga, pijże śmielej!

* Okazało się, że wierszyk z kwietnia 2013 r. był… proroczy (!) – dokładnie się sprawdził i Huragan wyprzedził w dramatycznych okolicznościach Kotwicę Kórnik i uzyskał upragniony awans do IV ligi!

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2013.02.21 – Czy Irlandzcy kibice to wzór?

Tknęło mnie niedawno, po towarzyskim meczu Polaków w Irlandii, aby podzielić się z Państwem moim spostrzeżeniem związanym z tzw. „poprawnymi politycznie kibicami” (PPK) podczas Euro 2012 w Polsce. Muszę przyznać, że irytowały mnie tu i ówdzie zachwyty polskich „mediów” nad zachowaniem kibiców z Irlandii.

Zadziwiają mnie wspomniane powyżej ekscytacje, powtarzane z różnym nasyceniem i przez różnych „znawców” piłki nożnej, którym do dziś nie ma końca… Owszem to bardzo sympatyczne zjawisko, gdy ludzie na ważnej imprezie sportowej (i nie tylko) potrafią się znakomicie bawić, śpiewać, cieszyć itd…

Co miał jednak zrobić prawdziwy sympatyk polskiej reprezentacji po meczu z Czechami? Czy miał jak ten kretyn skakać z radości i pić piwo do upadłego (w kolejności pewnie odwrotnej) po takim rozczarowaniu? Otóż wydaje mi się, że takie podejście i zachęcanie do bycia PPK wynika właśnie z kompletnej ignorancji ludzi, którzy prawdziwymi kibicami po prostu nie są, a tylko zabierają głos w sprawie… bo taka moda i potrzeba chwili.

Nie potrafię pojąć jak mógłbym po przegranej z Czechami iść na tzw. „miasto” i skakać z radości krzycząc, że „nic się nie stało”!? Jedyne co mógłbym zrobić będąc na tym meczu, to powstrzymując złorzeczenie, w ciszy i spokoju wsiąść do tramwaju i odjechać do domu z poczuciem przegranej… osobistej przegranej!

Bo jak inaczej odczuwać może człowiek tę przegraną? Jak można „nadzierać” się słowami „nic się nie stało” w stronę przegranych zawodników? Nic się nie stało… Skoro tak – dlaczego Ci zawodnicy nie machnęli ręką jeszcze na murawie i nie poszli czym prędzej „na piwo”? Czyżby stracili humory? Dziwne, przecież PPK mają to gdzieś – oni się bawią!!! To jeszcze niedawno byliście z nimi (piłkarzami) z hasłem na ustach „jesteśmy z Wami”, a godzinę później już nie jesteście?

Przecież ci sami piłkarze zaprzepaszczając historyczną, niepowtarzalną szansę na zapisanie się w futbolowych annałach i tracąc lukratywne kontrakty na pewno nie skakali z radości. I nie zgodzę się, że nie dali z siebie wszystkiego. Po prostu byli za słabi, a to czasem powoduje nawet pewnego rodzaju zmniejszenie agresywności w grze, zmniejsza poczucie wartości i odbiera siły…

Co do głupiego kibicowskiego „nic się nie stało”… Otóż stało się! Bo to tak, jak by syn nie zdał matury, a ojciec cieszył się z tego w najlepsze… Kto tak robi, nie zależy mu na tym maturzyście. Jest pewnie dalekim znajomym, albo nawet po cichu zazdrosnym sąsiadem i ma to głęboko gdzieś… Przecież tylko prawdziwi bliscy i dobrze życzący będą współczuć i martwić się o los abiturienta!

Owszem, ktoś powie, że traktuję to zbyt poważnie, ale zapewniam, że daleki jestem od popadania w depresję… bo „żałoba” mija szybko i przecież „już za rok matura”, a dokładniej Mistrzostwa świata w Brazylii!

Jesteśmy za słabi? Tak… być może, niestety… Ale mam pytanie do kibiców z Irlandii, czy są w stanie się prawdziwie cieszyć z ewentualnego przyszłego zwycięstwa, czy będzie to kolejny „nudny” dzień tej samej zabawy??? Nie rozumieją oni chyba tego i nie doświadczą nigdy tego, co dzieję się w głowie prawdziwego kibica po zwycięstwie jego ukochanej drużyny. Bo to tylko wtedy razem wygrywamy… i tylko wtedy prawdziwie się cieszymy… jak w pozapiłkarskim życiu.

Prawdziwy kibic, a nie turysta, pamięta zapewne maksymalnie kilka meczów, które utkwiły mu w pamięci właśnie z tego powodu… Z powodu niepowtarzalnej gry, niebywałych zwrotów akcji, zwycięstwa i dopiero na końcu wielkiej, olbrzymiej radości.

Widocznie dla PPK i „mediów” wynik biało-czerwonych był nieistotny, bo przecież i tak, na wzór wyspiarzy, trzeba się było cieszyć!