Archiwa kategorii: Felieton „Między jeziorem, a wielką piłką”

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2017.09.29 – Władysław Szymkowiak „Piłka to piękna rzecz…” – wspomnienie

0061_foto HP

16.11.1975, Golina. Władysław Szymkowiak drugi od lewej. Przed wygranym 1:0 meczem wyjazdowym

To zdanie to dokładny cytat z dziś zmarłego pana Władka. Nie wiem do końca dlaczego, ale dokładnie zapamiętałem te słowa, które wypowiedział na kilka dni przed rozpoczęciem tego sezonu. Był sierpień, ciepły wieczór i dyskusja o nowym wyzwaniu naszego Huraganu. O nadziejach i obawach związanych z reorganizacją IV ligi. Mnie to zdanie ujęło i z automatu zapadło w pamięć. Sam się spytałem dlaczego? Otóż dlatego, że dokładnie w ten sposób wyraził się słusznych gabarytów facet po sześćdziesiątce, który równocześnie nie stronił od ciętego języka i zawsze nazywał rzeczy po imieniu. Skierował je do starszego o dziesięć lat mężczyzny w kontrze do jego futbolowego sceptycyzmu…

Nie było żadnej odpowiedzi, bo być nie mogło. Trafiony, zatopiony.

Pana Władka znamy i będziemy pamiętać najbardziej jako „Gospodarza” stadionu. Kto ociera się o lokalną piłkę wie, ile dla klubu, takiego jak Huragan znaczy taki facet. Żartowano zawsze, że w tym klubie jest najważniejszy, no może zaraz po prezesie. Sam śmiał się z tego, ale prawda jest taka, że bez niego mecze odbywać się nie mogły.

Władysław Stanisław urodził się 5.5.1955 r. w Gryficach. Z zawodu ślusarz-tokarz w seniorskim Huraganie grał nieprzerwanie od 1973 przez dziewięć lat. Nie był postacią pierwszoplanową. Często występował w drużynie rezerw, ale zaliczał również występy w silnej wówczas występującej w ówczesnej 4 lidze ekipie z Pobiedzisk. Był graczem wszechstronnym. Grać mógł w każdej formacji jeśli taka była potrzeba. Złamał nogę podczas obozu zimowego w Karpnikach, ale to nie był problem. Wrócił do gry. Pomimo zawieszenia butów na kołku do końca życia związany był czerwono-czarnymi. Najpierw, w latach 80’ jako kierownik sekcji piłki nożnej, później działacz, społecznik i od zawsze prawdziwy kibic… Uczestniczył fizycznie w budowie obecnego budynku klubowego, pomagał w organizacji EURO U-19 w roku 2006. Odznaczony srebrną oznaką Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej.

Pamięci Adama Szymandery, swojego poprzednika na tej funkcji i przyjaciela bronił zawsze i ciepło o nim mówił. Teraz my to samo jesteśmy winni Panu! Spoczywaj w Pokoju. Huragan dalej grał będzie – również dla Ciebie! Bo… piłka to piękna rzecz!

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2015.07.30 – Moja prawda o Lidze „Mistrzów”

No i Lech – FC Basel 1:3. Właśnie dlatego od kilkunastu lat nie oglądam tzw. Ligi Mistrzów. Tak naprawdę to dla wybranych liga wicemistrzów, trzecich i nawet czwartych miejsc bogatych lig – głównie zachodnioeuropejskich!

Tam gdzie nie ma polskiej drużyny – dla mnie NIE MA PRAWDZIWYCH EMOCJI. Podkreślam dla mnie, bo podniecanie się kolejnym meczem Real – Barcelona z którym mamy tyle wspólnego, co polski byk w oborze z hiszpańską corridą… to jakaś mentalna pułapka… Owszem grają ładniej, szybciej, lepiej, składniej… ale czy to ma być wszystko?!

Całe to komercyjne show od kilkunastu lat nabija kasę już horrendalnie bogatym klubom z Niemiec, Anglii, Hiszpanii, Francji i innych… I ta dysproporcja ciągle się powiększa. Zresztą sami pod siebie zrobili ten system… Już w 1996 r. po meczu, wtedy jeszcze prawdziwej Ligi Mistrzów, bo każdy kraj miał jedną drużynę – czyli mistrza, Borussia – Widzew 2:1, Beckenbauer powiedział coś w stylu, że „takie drużyny nie powinny grać w tych rozgrywkach…”

Dziś nam i podobnym mniej zamożnym krajom „każą” się cieszyć i podniecać eliminacjami i ew. jednorazowym wejściem do tzw. Ligi Mistrzów… którego i tak nie udało nam się zrobić… M. in. Wisła, Legia i Lech próbowali kilka razy od tego 1997 r. i nic.

Dlatego uważam, że prawdziwa piłka jest jeszcze w wydaniu reprezentacji – gdzie każdy kraj ma swoją drużynę i milionowe „transfery” są niedopuszczalne. Nie ma awansów z klucza i bez eliminacji dl ME i MŚ. Każdy musi brać w nich udział… Dzięki temu do Gibraltaru przyjeżdżają Niemcy i do kraju mistrzów świata zawitali amatorzy z Gibraltaru…

Przy okazji warto dodać mniej zorientowanym, że zawodnik, który raz wystąpił w meczu o punkty choćby eliminacji danego kraju NIE MOŻE dożywotnio „zmienić” REPREZENTACJI… Inaczej jest w innych dyscyplinach – np. w piłce ręcznej – ale to tej dyscypliny problem.

PS. Dla mnie Liga „Mistrzów” tej edycji za tydzień pewnie się niestety skończy. Ale piłka nożna nie takie cuda widziała!

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2013.09.26 – Flaga narodowa nie, swastyka tak!

Był to mój 25. mecz reprezentacji Polski, która obok Huraganu Pobiedziska jest mi najbliższa sercem. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy na bramach Stadionu Narodowego okazało się, że moja flaga narodowa z napisem „Pobiedziska” jest za duża i nie może być wniesiona na stadion!!! Nie byłoby mojej wściekłości, której nie omieszkałem wyrazić na miejscu, gdyby nie fakt, że byłem pewien, że po wejściu na stadion ujrzę dziesiątki wielokrotnie większych flag od mojej.
Oczywiście nie myliłem się! Na drugiej stronie (za bramką, którą odczarował w końcu dla siebie Robert Lewandowski) ujrzeć można było transparenty z napisami: Sieradz, Brodnica, Przeworsk, Konin, Knurów i wiele, wiele innych… o wymiarach „na oko” co najmniej dwukrotnie większych!
Regulamin, regulaminem, a polska specjalność to inna dziedzina, gdzie nie mamy sobie równych. Sposób z jakim Polacy szanują przepisy prowadzi właśnie do takich sytuacji. Otóż jest napisane, iż flagi nie mogą być większe niż 1,5 metra. Moja, żeby oddać sprawiedliwości, jest dłuższa i z tym nie dyskutuję, tylko dlaczego był to 25. mecz i stało się to po raz pierwszy?! Ano dlatego, że akurat p. „Wiesiu” na którego trafiłem był tak zwanym po polsku wyjątkowym „służbistą”, a inni mieli więcej szczęścia…

Moja irytacja numer dwa miała miejsce jeszcze pod koniec 1. połowy. Wtedy to siedząc najbliżej trybuny gości dostrzegłem z ok. 15-20. metrów potężną wytatuowaną swastykę na bicepsie ubranego na czarno „kibica” Czarnogóry. Biedak rozebrał się pewno z emocji i tym samym dumnie eksponował swoje atuty. Akurat rząd pode mną siedziała czwórka dzieci w wieku ok. 10 lat. Mieli oni ponad godzinę czasu przyglądać się temu troszkę „innemu” krzyżowi.
Mam pytanie do głównodowodzącego stewardami, czy też innego „dyrektora” od bezpieczeństwa: czyż nie jest to symbol zakazany w Polsce i jego propagowanie jest karane? Chyba nie, bo p. „Rysiu” i „Stasiu”, czyi stewardzi, którzy stali dosłownie obok niego, nie wiedzieli w tym nic złego… Nie, nie bali się przemocy, ze strony czarnogórskiego „steryda”, bo tych ostatnich była naprawdę garstka na prawie pustym sektorze przeznaczonym wyłącznie dla przyjezdnych. Nie może dziwić wobec tego, że na polskich stadionach ciągle rządzą kibice, a nie tzw. prawo.
Wracam jeszcze na koniec do przysłowiowego p. „Wiesia”, który skonfiskował mi flagę do depozytu, a nie zauważył dziesięciu rac, które wnieśli bez żadnego problemu (!!!) sympatycy gości i odpalili je sobie w 12. minucie po golu na 0:1. Czy kogoś to dziwi?!
Cóż, wszystko to pewnie przez polską gościnność i otwartość z jaką witamy przybyszów. Trąci to wszystko amatorszczyzną, kompleksami i totalnym brakiem organizacji… Czy to, że od piłkarze zawsze wymagamy perfekcji i zwycięstw nie jest kolejnym naszym paradoksem?

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2013.04.10 – Huraganowa prognoza pogody

Nietypowo zaczyna się piłkarska wiosna. Wcześnie rozpoczęte przygotowania spowodowały, że Ci bardziej zorganizowani, a do takich zalicza się ekipa Huraganu Pobiedziska formę gotowali jak się okazało na… przymusowe oczekiwanie na grę. Na szczęście nie ma tego złego…i oby głód piłki okazał się naszym atutem.

Przy tej okazji mamy również nietypową „poezję kopaną”, którą dedykujemy wszystkim, którzy dobrze życzą czerowno-czarnym… Niech ten ośmiozgłoskowiec będzie prawdziwą przepowiednią pogodnej piłkarskiej wiosny! *

Co tam panie w Huraganie? – Słyszę często to pytanie, – Czasem mówić trudna sztuka, – Gdy się punktów próżno szuka…

Owszem, rzadko to się zdarza, – Bo przeciwnik się naraża, – Na te szkwały silne – sztormy, – Czyżby rywal był bez formy?

Za to nasze Cheerliderki, – Dla nich taniec to są bierki! – Piramidy stawiać mogą, – Na trybunach wieje trwogą…

Awans będzie snem czy jawą? – Dziś rozstrzygnąć trudną sprawą… – To w kurniku ostrzą piórka, – Chce tam wygrać każda kurka!

Lisa trzeba drogi panie! – Bo przy silnym huraganie… – Do kurnika wkraść się można, – I lidera upiec z rożna!

Wtedy czerwiec, lato, słońce, – Spytasz tuż przed meczu końcem… – Po co szampan dziś się leje? – Czwarta liga, pijże śmielej!

* Okazało się, że wierszyk z kwietnia 2013 r. dokładnie sprawdził się i Huragan wyprzedził w dramatycznych okolicznościach Kotwicę Kórnik i uzyskał upragniony awans do IV ligi!

felieton_miedzy jeziorem_pawelkrawczyk

2013.02.21 – Czy Irlandzcy kibice to wzór?

Tknęło mnie niedawno, po towarzyskim meczu Polaków w Irlandii, aby podzielić się z Państwem moim spostrzeżeniem związanym z tzw. „poprawnymi politycznie kibicami” (PPK) podczas Euro 2012 w Polsce. Muszę przyznać, że irytowały mnie tu i ówdzie zachwyty polskich „mediów” nad zachowaniem kibiców z Irlandii.

Zadziwiają mnie wspomniane powyżej ekscytacje, powtarzane z różnym nasyceniem i przez różnych „znawców” piłki nożnej, którym do dziś nie ma końca… Owszem to bardzo sympatyczne zjawisko, gdy ludzie na ważnej imprezie sportowej (i nie tylko) potrafią się znakomicie bawić, śpiewać, cieszyć itd…

Co miał jednak zrobić prawdziwy sympatyk polskiej reprezentacji po meczu z Czechami? Czy miał jak ten kretyn skakać z radości i pić piwo do upadłego (w kolejności pewnie odwrotnej) po takim rozczarowaniu? Otóż wydaje mi się, że takie podejście i zachęcanie do bycia PPK wynika właśnie z kompletnej ignorancji ludzi, którzy prawdziwymi kibicami po prostu nie są, a tylko zabierają głos w sprawie… bo taka moda i potrzeba chwili.

Nie potrafię pojąć jak mógłbym po przegranej z Czechami iść na tzw. „miasto” i skakać z radości krzycząc, że „nic się nie stało”!? Jedyne co mógłbym zrobić będąc na tym meczu, to powstrzymując złorzeczenie, w ciszy i spokoju wsiąść do tramwaju i odjechać do domu z poczuciem przegranej… osobistej przegranej!

Bo jak inaczej odczuwać może człowiek tę przegraną? Jak można „nadzierać” się słowami „nic się nie stało” w stronę przegranych zawodników? Nic się nie stało… Skoro tak – dlaczego Ci zawodnicy nie machnęli ręką jeszcze na murawie i nie poszli czym prędzej „na piwo”? Czyżby stracili humory? Dziwne, przecież PPK mają to gdzieś – oni się bawią!!! To jeszcze niedawno byliście z nimi (piłkarzami) z hasłem na ustach „jesteśmy z Wami”, a godzinę później już nie jesteście?

Przecież ci sami piłkarze zaprzepaszczając historyczną, niepowtarzalną szansę na zapisanie się w futbolowych annałach i tracąc lukratywne kontrakty na pewno nie skakali z radości. I nie zgodzę się, że nie dali z siebie wszystkiego. Po prostu byli za słabi, a to czasem powoduje nawet pewnego rodzaju zmniejszenie agresywności w grze, zmniejsza poczucie wartości i odbiera siły…

Co do głupiego kibicowskiego „nic się nie stało”… Otóż stało się! Bo to tak, jak by syn nie zdał matury, a ojciec cieszył się z tego w najlepsze… Kto tak robi, nie zależy mu na tym maturzyście. Jest pewnie dalekim znajomym, albo nawet po cichu zazdrosnym sąsiadem i ma to głęboko gdzieś… Przecież tylko prawdziwi bliscy i dobrze życzący będą współczuć i martwić się o los abiturienta!

Owszem, ktoś powie, że traktuję to zbyt poważnie, ale zapewniam, że daleki jestem od popadania w depresję… bo „żałoba” mija szybko i przecież „już za rok matura”, a dokładniej Mistrzostwa świata w Brazylii!

Jesteśmy za słabi? Tak… być może, niestety… Ale mam pytanie do kibiców z Irlandii, czy są w stanie się prawdziwie cieszyć z ewentualnego przyszłego zwycięstwa, czy będzie to kolejny „nudny” dzień tej samej zabawy??? Nie rozumieją oni chyba tego i nie doświadczą nigdy tego, co dzieję się w głowie prawdziwego kibica po zwycięstwie jego ukochanej drużyny. Bo to tylko wtedy razem wygrywamy… i tylko wtedy prawdziwie się cieszymy… jak w pozapiłkarskim życiu.

Prawdziwy kibic, a nie turysta, pamięta zapewne maksymalnie kilka meczów, które utkwiły mu w pamięci właśnie z tego powodu… Z powodu niepowtarzalnej gry, niebywałych zwrotów akcji, zwycięstwa i dopiero na końcu wielkiej, olbrzymiej radości.

Widocznie dla PPK i „mediów” wynik biało-czerwonych był nieistotny, bo przecież i tak, na wzór wyspiarzy, trzeba się było cieszyć!